Niedawno III klasy gimnazjum pisały egzamin kompetencji. Dla pracowników ministerstwa edukacji i kuratorów - jest to rutyna - końcu odbywa się on każdego roku - ale dla uczniów jest to stresujące przeżycie - ilość zdobytych punktów ma przecież decydować o tym, do jakiego liceum mają szanse się dostać, a co za tym idzie - na jakie studia i na jakich uczelniach będą mogli liczyć...
Jednak stało się coś dziwnego egzamin stał się wyjątkowy nie tylko dla uczniów - dzięki temu, że po raz pierwszy sprawdzana była nie umiejętność poprawnego formułowania dłuższych wypowiedzi, ale znajomość lektur...
I tu zaczynają się tak zwane ,,schody".
Bo wielu uczniów przy najwyżej punktowanemu zadaniu na teście zostawiło puste miejsce. Bo nauczyciele nie zdążyli omówić z nimi potrzebnych lektur. Tak, co prawda, niektórzy mawiają, że ,,nieznajomość sprawy nie mąci jasności poglądu", jednak, niestety, ta złota zasada zwyczajnie nie mogła sprawdzić się w tym przypadku...
Należy przy tym sobie uświadomić, że uczniów, którzy po prostu nie znali potrzebnych do napisania wypracowania lektur ( w dodatku nie z własnej winy) jest, delikatnie mówiąc, sporo. To nie są jednostki. To są rzesze osób, których szanse na renomowane liceum drastycznie się zmniejszyły.
Nasuwa się więc pytanie: jak rozwiąże ten problem Ministerstwo Edukacji?
Odpowiedź jest prosta: Nie rozwiąże. Po prostu, zamiecie brudy pod dywan, po czym, oddali się w podskokach, radośnie pogwizdując.
Oczywiście, nie odbędzie się to tak po prostu. Przecież Ministerstwo musi załatwić sprawę z mediami, wydać jakieś oficjalne oświadczenie...
A jakże. Nawet już to zrobiło. A nawet zapewniło, że ukaże winnych tej sytuacji!
Tak, Ministerstwo oświadczyło, że uczniowie, którzy zawalili feralne zadanie, będą mieli zapewnioną ,,specjalną opiekę kuratora". Ładnie brzmi, prawda? Szkoda, że nikt, łącznie z rzeczonymi kuratorami nie wie jak ma ta ,,specjalna opieka" wyglądać...
Prawie równie intrygująca jest kwestia wspomnanego wyżej ,,karania winnych". Taaaa...
Otóż Ministerstwo jest przekonane, że winni są nauczyciele.To przecież oni nie przerobili z uczniami potrzebnych lektur, które przecież są w programie nauczania! Święta prawda. A to, że na przerobienie z uczniami całego programu nauczyciele mają cały rok szkolny, nie tylko do egzaminu? Cóż, nie gra to większej roli. Grunt, że to nie wina Ministerstwa.
Nie, oczywistym jest, że to nie Miniesterstwo ponosi odpowiedzialność za niezgodne z prawem zadanie ( w którym powinno się sprawdzać nie znajomość lektur, ale umiejętność konstruowania pisemnej wypowiedzi), na egzaminie, który układają pracownicy kuratoriów...
stopklatka!
Kuratoria podlegają przecież Ministerstwu! Tak, rzeczywiście, święta racja... Czyli może jednak MEN ma coś z tym wspólnego...Nie, to przecież niemożliwe... Nie wierzę, no po prostu, nie mogę w to uwierzyć... To szok...
Ministerstwo zamiast obwiniać wszystkich dookoła, powinno najpierw spojrzeć na siebie. Nie, nie uważniej, proszę, uważniej...
Ooooo... Właśnie. A teraz, proszę powtórzyć egzamin. Aha, i postarać się, by tym razem był on zgodny z prawem.
Jak widzę, debata wzbudza wiele emocji. Większość blogowiczów uważa, że prostytucja powinna być uznawana za przestępstwo. A moje poglądy są zupełnie odwrotne. Ludzie chcą zarabiać ciałem - ich sprawa, zawód jak każdy inny, powiedziałabym nawet, że z tradycjami, w końcu istnieje od początków ludzkości...
Uważam, że prostytucja powinna być uznawana za normalny zawód. W końcu, dzięki temu wykonujące go osoby nabyłyby wreszcie praw, które innym wydają się czymś naturalnym. Mówię tu o określonych warunkach pracy, ubezpieczeniach, godzinach pracy i inne takie. Zapobiegłoby to wykorzystywaniu dziewczyn przez właścicieli burdeli.
Ale nie. Bezpieczny seks, odpowiednia, że się tak wyrażę, ,,higiena pracy" u nas w tej ,,branży" nie istnieje. Nie, dziewczyny są zmuszane do pracy dla potworów w ludzkiej skórze, bez możliwości upominania się o swe prawa.
Oczywiście, zdarza się, że kobiety są zmuszane do tej pracy. Ale wszędzie zdarzają się przypadki patologiczne, choćby w rodzinach, czy ostatnio wśród niewyżytych księży. Ale one stanowią tylko małą część całości, przecież jeden ojciec - alkoholik, regularnie wyżywający się na rodzinie, czy ksiądz - pedofil, nie oznaczają, że wszyscy ojcowie i cały kościół jest zły.
I tak samo jest z prostytucją.
Dajmy wszystkim możliwość wolnego wyboru jak chcą żyć i zapewnijmy im do tego godziwe warunki. A potem dajmy im święty spokój.
Siedzę późnym wieczorem przed kompem i wyżywam się na klawiaturze. Powinnam iść do łazienki się umyć, ale nie chce mi się spać. Więc daję kolejną notkę...
Przed chwilą obejrzałam film ,,Odważna" z Jodie Foster. Może go oglądaliście albo o nim słyszeliście. Opowiada on historię Ericy, której chłopak został w jej obecności pobity na śmierć przez gang meneli, ona sama zaś, również pobita trafia do szpitala. Kiedy z niego wychodzi, jest jak sama przyznaje, inną osobą... I boi się. Boi się ludzi, boi się miejsc, które niedawno wydawały jej się bezpieczne. A co potrafi niezawodnie zapewnić (teoretycznie) bezpieczeństwo i spokój ducha? Broń. Własna spluwa, kaliber 9 mm, zawsze pod ręką, w torebce. Spluwa nielegalnie kupiona u Chińskiego handlarza, który uprzejmie dorzuca garść nabojów... I tak samo, jak pieniądze są do wydawania, tak broń jest po to, by jej używać. No i się zaczyna. Na początku Erica morduje meneli w samoobronie, lecz potem wykorzystuje swą spluwę, by wyrównać rachunki...
Być może tym co po części sprawia, że ten film jest tak dobry jest to, że, choć Erica zabija to cały czas jestem po jej stronie. Kibicowałam jej, by jej nie złapali, a także, by wszystko potoczyło się tak jak ona chciała - innymi słowy, by zabójstwo się udało...
Ale to nie jest istotą tego fimu. ,,Odważna" sprawia, że zadajemy sobie pytania: czy morderstwo zawsze jest tak samo złe? Czy powinny być jakieś okoliczności łagodzące? A jeżeli ofiara zasługiwała na swój los?
No i co, jeśli zabijamy, tak jak Erica początkowo, w obronie własnej?*
Polecam Wam ,,Odważną". Jest to jeden z najlepszych filmów jakie oglądałam. Choć ostrzegam: Nie ma w nim wybuchów i innych efektów specjalnych i mimo że bohaterką jest zabójczyni, nie ma w nim hektolitrów krwi, jedyną drastyczniejszą sceną jest pobicie Ericy i jej chłopaka. Tu bardziej się liczą uczucia i motywy bohaterki, film jest, powiedziałabym, ,,thillerem psychologicznym". Jeśli lubicie masakry na ekranie pójdźcie raczej na ,,Piłę".
* w USA, gdy zabijasz w obronie własnej, jest to brane pod uwagę, często taka osoba jest uniewinniana. Niestety, w Polsce tak nie jest. Nieważne, że zabijesz, by samemu nie zostać zabitym. I tak dostaniesz minimum kilkanaście lat.
Czy imię wpływa na życie?
Wielu ludzi uważa, że dziecko z niezwykłym imieniem będzie miało niezwykły żywot. Stąd pochodzą niezliczone rzesze Ewelin i Marlen, lub nieco rzadszych Jessic czy Salomeji ( ten ostatni przykład jest z życia wzięty).
Tak rzeczywiście, dziecko obdarzone takim imieniem będzie niezwykle... nieszczęśliwie. Teoretycznie, imię nie powinno wywierać wpływu na sposób postrzegania nas przez ludzi, ale w praktyce jest nieco inaczej. Na przykład, taka Wiesława, będzie uważana za mniej inteligentną czy nowoczesną od Marty (to także przykład z życia).
Drugą sprawą jest współgranie ze sobą imienia i nazwiska. Weźmy na przykład takie imię Marlena. Owszem Marlena Detrich brzmi dobrze, natomiast Marlena Paszczusiak już nieco gorzej... Wielu rodziców skupia się tylko na imieniu, w skutek czego powstają takie koszmarki jak Jessica Ziemniaczek, czy Eric Piwszczuk...
Inną sprawą są imiona ,,oryginalne" wymyślane przez rodziców, takie jak Żyraf albo Ninel (czytane w spak daje Lenin). Te posiadają jeszcze większą siłę rażenia niż imiona zagraniczne i można być pewnym, że wszyscy zapamiętają takie imię. I będą mieć wyborny temat do anegdot, opowiadanych znajomym.
Teoretycznie niektóre imiona mogą zostać niezaakceptowane przez urzędników. Niestety, chyba wielu z nich nie przykłada się do pracy. Dziecku pozostaje liczyć na rozsądek szacownych rodzicieli.
Autorka powyższego tekstu ma szczęście nazywać się Zuzanna. I jest za to szczerze wdzięczna swoim rodzicom.
Niniejszym stosuję się do sugestii Jednostki Nieprzeciętnej i daję info o sobie, lepiej późno niż wcale : ).
Cóż, jestem więc ciekawym okazem z gatunku nastolatek. Moją pasją są książki, zwłaszcza fantastyczne, uwielbiam prozę Sapkowskiego, zarówno Wiedźmina jak i trylogię husycką. Interesuję się komputerami i chciałabym studiować informatykę. Lubię także rysować takie rzeczy jak: broń, żołnierze, elfy, żołnierze, fantastyczne stworzonka, wojownicy, żołnierze, krasnoludy i może jeszcze żołnierze.
Bardzo lubię słuchać muzyki, uwielbiam zespół Eurythmics, zajmuję się także tłumaczeniem tekstów piosenek ( z angielskiego na polski, of course).
I to by chyba było na tyle. Aha, jeśli mielibyście jakieś sprawy, piszcie na email: astrogator1994@interia.pl
I pamiętajcie:
,,Life is cruel and full of zasadzkas, and sometimes kopas w dupas, but in this terrible, terrible life, are sometimes milas chwilas, and dla tych milas chwilas warto life".
A więc wreszcie debata na interesujący mnie temat. Może więc warto się w niej wypowiedzieć. No to się wypowiem, czemu nie?
Krótsze wakacje, dodatkowe ferie jesienią - to rozwiązanie często stosowane w krajach Europy, np. w Wielkiej Brytanii. Ale czy jest ono na pewno dobre?
Zaletą tego pomysłu jest chwila wytchnienia w bardzo trudnym, dla nas, uczniów, okresie jesienno-zimowym. Ciężko jest się zwlekać z łóżka rano, gdy za oknem jest jeszcze ciemno w środku nocy. Prawie na pewno dzięki dodatkowej przerwie w nauce, koniec pierwszego semestru byłby dla uczniów łatwiejszy...
Mimo wszystko, jednak nasuwa się pytanie, czy te zmiany są tak naprawdę niezbędne? W końcu, owszem, listopad jest koszmarnym miesiącem, ale zawsze w perspektywie jest Boże Narodzenie, a potem ferie zimowe. Poza tym, nawet gdyby w listopadzie daliby nam tydzień czy dwa wolnego, co mielibyśmy w tym czasie robić? Pogoda, jak to w listopadzie paskudna, nie ma gdzie pojechać, po mieście łazić też średnio bo zimno i leje, zostaje tylko nudzić się w domu. Po drugie, kwestia krótszych wakacji. Nie wiem jak Wam, ale mnie te dwa miesiące mijają szybko. O wiele za szybko : ). Po co więc dodatkowo skracać sobie ten tak przyjemny, letni czas? Wolę przemęczyć się przez późną jesień i zimę i w lecie mieć labę, niż siedzieć w szkole już w sierpniu i patrzeć przez okno w klasie na piękne słońce...
Nasze Ministerstwo Edukacji Narodowej na siłę stara się ,,zreformować" szkolnictwo. Polega to głównie na dokonywaniu niepotrzebnych i nieistotnych, ale łatwych do dokonania zmian, po to, by móc mówić, że ,, nie siedzimy z założonymi rękami". Tak, rzeczywiście długość ferii i wakacji bardzo łatwo zmienić, na pewno łatwiej niż podwyższyć pensje nauczycieli, czy zreformować program nauczania. Tyle, że te łatwe zmiany niekoniecznie są najważniejsze. I przede wszystkim, nie zawsze wychodzą na dobre.
Dzisiaj byłam w Galerii Mokotów i w Reducie, bo matka chciała sobie kupić nowy garnitur, a my z ojcem mieliśmy jej mówić, czy dobrze leży, bo jej przyjaciółka nie mogła się z nią wybrać. I wiecie co? Łaziliśmy ze starymi po tych cholernych centrach od 9 00 rano do 16 00 i zgadnijcie co kupiliśmy? Świetną kurtkę na wiosnę dla mnie. I absolutnie nic więcej. W garniturach damskich czarna rozpacz, królują tandeta i żakiety model p. Fotyga, a garnitur ( do poprawek krawieckich) z ordynarnego poliestru kosztuje 800 zł.
Tak, nie kupilśmy nic z tego co chcieliśmy, ale mimo to, ta jakże udana sobota wnosła nam wiele rzeczy, zupełnie za darmo. Zyskaliśmy paskudny nastrój, parę sprzeczek i (gwóźdź programu), potworny ból głowy, całkowicie gratis!
Galeria Mokotów, której targetem są teoretycznie głównie ludzie koło trzydziestki, oczarowała nas reklamami skierowanymi chyba do niedorozwiniętych nastolatek, czytających Dziewczynę i słuchających tylko Dody. Oprócz tego mogliśmy posłuchać buczenia, mającego robić za muzykę. Niestety, głośniki były albo uszkodzone, albo kupowane 20 lat temu... Mogliśmy także poprzebierać w ciuchach, które najpierw pomyliłam z piżamami... No i popodziwiać wdzianka i spodnie (oczywiście, najmodniejsze w tym sezonie rurki) wyglądające świetnie na Kate Moss. Niestety, na zwykłych śmiertelnikach już nie całkiem... *.
Potem wybraliśmy się do Reduty. Jest to centrum mniej ekskluzywne od Galerii Mokotów, zatem tu czekała nas odmiana.
Tu natrafiliśmy na garnitury wyglądające jak wyciągnięte z... nie wiadomo skąd, podziwialiśmy także sukienki zrobione z firanek.
Świetna, bezoowocna, zmarnowana sobota.
A wiecie co jest najgorsze? Sondaże wskazują, że większość osób w moim wieku uwielbia spotykać się w CH z przyjaciółmi, nawet nie po to by coś kupić, ale dla samego... nie wiem czego. Może kiedy to czytacie myślicie sobie: jaka marudna, dziwna jakaś, stara malutka... Jak można nie lubić CH, (zwłaszcza jak starzy bez oporów kupują ci kurtkę, mimo że to nie ty potrzebujesz ciucha)
Może rzeczywiście to nienormalne. Ale nic na to nie poradzę, że wolę poczytać sobie nawet drugi czy trzeci raz dobrą książkę niż łazić po Galerii Mokotów czy innej Arkadii.
* nie mam nic przeciwko rurkom, sama je chętnie noszę, ale najgorsze jest to, że mnóstwo kobiet wygląda w tych spodniach koszmarnie - nie każdy może mieć dobre nogi i idealną figurę. Mimo to kobiety nosza je, bo to jest modnei tylko to jest w sklepach.